Bilet w biurze podróży za rogiem naszego hostelu kosztował 4$. Odebrano nas prawie spod samych drzwi, najpierw na dworzec autobusowy, a potem prosto do Kampotu. Autobus jedzie grubo ponad 4 godziny, ale po 3 godzinach ma pół godzinną przerwę. Wtedy można zrobić siusiu przekąsić w pobliskiej restauracji, albo u miejscowych sprzedawców, a oni mieli wszystko. Ananasy, pomarańcze, wodę, ciastka, pieczone koniki polne lub pająki, a nawet jakieś gąsienice. Ja jedynie spróbowałem smażonej małej żabki ale była źle przyprawiona i w ogóle mi nie smakowała.
Gdy dotarliśmy na miejsce było wczesne popołudnie i miasto było wymarłe. Nie było nikogo wszyscy mieli sjestę.
Następnego dnia w południe wracaliśmy z powrotem do stolicy. Tym razem wybraliśmy 4 godzinną podróż minibusem za 4$. Nie było źle. Kierowca wysadził nas na południowym dworcu i postanowiliśmy zwiedzić sobie tą część miasta na piechotę. Okazało się że to wcale nie jest daleko od naszego hostelu. Wieczorkiem zasiedliśmy ze znajomymi na werandzie przy dzbanku piwa i tak zakończyliśmy ten kolejny dzień relaksu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz