Podróż trwała pół godzinki i dobrnęliśmy do przystani promowej na Mekongu. Odczekaliśmy swoje i zaczęło się pakowanie. Na taki prom wchodzi 4 do 6 pikapów a do tego kupa luda. Prom to zwykła łódź plus drugi pusty kadłub dla stabilności, a na to zwykły drewniany pokład. To cudo przewozi ludzi na drugi brzeg i działa bez zarzutów.
Gdy wracaliśmy do naszego hostelu zatrzymaliśmy się przy straganie gdzie serwowano świeżo wyciśnięty sok z trzciny cukrowej. Podają go razem z rozkruszonym lodem i odrobiną soku z lemonki wszystko jest w plastikowej torebce i pije się to przez słomkę. Staliśmy się fanem tego napoju, bo nie dość że jest bardzo orzeźwiający, to cukier daje naprawdę wielkiego energetycznego kopa i to za 2000kip czyli niecałą złotówkę. POLECAM!!!
Po powrocie wziąłem kąpiel w Mekongu i mimo że rzeka wyglądała na strasznie leniwą i spokojną prąd miała mocny i musiałem się mocno namęczyć żeby mnie nie zniosło. Woda była bardzo ciepła i pływało się w niej super.
Gdy odpoczywałem na brzegu przyglądałem się miejscowej kobiecie. Najpierw przyniosła wielką misę warzyw które wymyła w rzece, potem wymyła swoje dziecko, swoje włosy i wzięła się za pranie, na zakończenie wodą z Mekongu podlała swój ogródek. MEKONG RZEKA NIOSĄCA CZYSTOŚĆ I ŻYCIĘ!
Wieczorem w naszej hostelowej restauracji z zapoznanym wcześniej Anglo-pakistańczykiem Mapsem i jego kolegą Niemcem Jonasem umówiliśmy się na piwko i kolacyjkę. Zastanawialiśmy się jak można stąd wyjechać po najniższych kosztach. Niestety jedyne co wydawało się sensowne to zamówienie przewozu u naszego gospodarza za 60000kip Tak też zrobiliśmy choć pewnie jest jakaś tańsza opcja, chociażby powrót do Pakse i próbowanie stamtąd. Koniec końców doszliśmy do wniosku że czas stracony na kombinowanie taniego dojazdu jest więcej warty od zaoszczędzonej kasy. Rano spod guest housu ruszamy do Don Det.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz